KARIERA MUZYCZNA

Kariera Ignacego Jana Paderewskiego ruszyła z miejsca w tym samym momencie, kiedy i on sam ruszył z rodzinnego domu do Warszawy w wieku 12 lat. Po co? By rozpocząć naukę w tamtejszym Instytucie Muzycznym. Podobnie jak jego rówieśnicy, marzył o zostaniu wirtuozem, jednak w przeciwieństwie do wielu z nich, musiał też martwić się o to, co będzie w najbliższym czasie jadł. Mimo młodego wieku, nie chciał żerować na ojcu. Ten swoją drogą też nie miał zbyt wielu oszczędności, bo ponownie się ożenił i spłodził kolejną trójkę dzieci… W każdym razie nasz bohater nie narzekał i znalazł sposób na połączenie zarabiania z dodatkowymi ćwiczeniami gry na fortepianie. Tak – Ignacy Jan Paderewski, swego czasu grywał do kotleta! Trochę też koncertował z bardziej wymyślnym repertuarem i w ten sposób udało mu się wiązać koniec z końcem i uczęszczać do szkoły. Z przerwami. Konkretnie z jedną, za to długą przerwą w roku 1874. Wtedy to bowiem, po jednym z koncertów szkolnej orkiestry – w której naturalnie grał nasz bohater – na wykonawców spadła demoniczna krytyka. I wcale nie chodziło wyłącznie o wykonanie. Przede wszystkim poszło o coś pozornie nieistotnego, co jednak dla konserwatywnych fanów muzyki okazało się rzeczą niewybaczalną. Otóż młodzi muzycy mieli czelność wręczyć dyrektorowi szkoły pamiątkową fotografię! Brzmi głupio? Tak najwyraźniej uznali muzycy, którzy urażeni krytyką napisali do jednej z redakcji list, w którym oskarżyli dyrygenta zarówno o zawinienie przy średnim wykonaniu utworów, jak i o podsunięcie pomysłu ze zdjęciem.  Buntownicy mają jednak to do siebie, że niektórym wściekłość przechodzi dość szybko, kiedy tylko uświadomią sobie jak wiele mogą stracić. Tak było z pięcioma z ośmiu niepokornych muzyków. Serdecznie przeprosili. Jednak nie było wśród nich Paderewskiego. On i dwóch kolegów postanowili pozostać przy swoim… za co wylecieli ze szkoły, która chciała w ten sposób ochronić swój wizerunek.

młody Ignacy Jan Paderewski

Wielu młodych artystów zraziłoby się w takiej sytuacji i poszukało sobie nowego zajęcia. Jednak Paderewski za bardzo lubił grać i czuł, że ma zbyt wiele do zaoferowania by odpuścić. Zaczął brać prywatne lekcje, a tam czekał go kolejny test wytrwałości, bo nauczyciel z brutalną szczerością powiedział Ignacemu, że z taką techniką to on nigdy dobrym pianistą nie będzie. Jednak i temu nauczycielowi nie udało się stłamsić zapału Ignacego. Chłopak ćwiczył jak szalony. Z jakim skutkiem? Takim, że pozwolono mu wrócić do Instytutu i to od razu na ostatni rok. Nikt nie miał wątpliwości, że chłopak zrobił w tym czasie ogromny progres. To był dobry moment by osiąść na laurach. Ale Paderewski zaczął ćwiczyć jeszcze bardziej zawzięcie – katował te biedne klawisze bezlitośnie. Raz, na przykład, kiedy koledzy namawiali go na imprezowy wyjazd za miasto, pomimo pewnie wielokrotnie powtarzanej studenckiej mantry: „Ze mną się nie napijesz?!”, Ignacy odmówił. Przez dwa dni ćwiczył pasaże do tego stopnia, że przypłacił to omdleniem!

„Rytm jest muzyki tętnem. Równa się biciu serca, świadczy o jego istnieniu, dowodzi jego żywotności.” 

– Ignacy Jan Paderewski

Świat bywa jednak brutalny i często mimo starań człowiekowi zwyczajnie pod koniec się nie udaje. Jednak w przypadku Ignacego sprawy potoczyły się inaczej – w 1878 roku ukończył szkołę z wyróżnieniem, po czym od razu dostał propozycję pracy na stanowisku nauczyciela w niższych klasach fortepianu. To się nie zdarzało często! W środowisku jednak nadal szeptało się, że ten Paderewski to byłby lepszym kompozytorem, bo wirtuoza z niego nigdy nie będzie. Czy Ignacego to drażniło? Oczywiście! I postanowił coś z tym zrobić. Ignacy zaczął szlifować warsztat na Królewskiej Akademii Muzycznej w Berlinie. A później w Wiedniu, gdzie szkolił się pod okiem jednego z topowych nauczyciel fortepianu – Teodora Lesztyckiego. Dobry nauczyciel to szczery nauczyciel i pan Teodor nie patyczkując się potwierdził słowa, które Ignacy już nie raz słyszał – techniki nie ma wybitnej. Miałby. Ale zaczął się uczyć za późno. Nie ma sensu zadawać sobie pytania, czy Ignacego to zraziło, bo poznaliśmy go na tyle dobrze – oczywiście, że nie. Co więcej, był tak zawzięty, że mistrz zaproponował go na stanowisko nauczyciela fortepianu w Strasburgu. Dzięki pracy mógł trochę odetchnąć finansowo, jednak wiele osób może już od pewnego czasu zachodzić w głowę, skąd Paderewski miał na te wszystkie lekcje za granicą pieniądze?! Nie miał. Jak to?

Jeszcze przed wyjazdem do Berlina, Paderewski poznał dziewczynę, która okazała się kluczowa dla jego muzycznej kariery. Nazywała się Modrzejewska. Helena Modrzejewska była wówczas znaną aktorką. I to nie tylko na naszych ziemiach. Potrafiła docenić talent Ignacego, podobnie jego dziki wręcz profesjonalizm. Przede wszystkim jednak znała realia branży rozrywkowej i wiedziała, że choćby Ignacy osiągnął techniczną nirwanę w grze na fortepianie… to nie gwarantuje ona wcale sukcesu. Wirtuozów jest niewielu, ale showmanów z dobrym warsztatem jeszcze mniej! Postanowiła nie tylko zostać mecenaską Ignacego, ale jeszcze wymyśliła jak przyciągnąć ludzi na koncert nieznanego jeszcze Paderewskiego. Została jego – jak to się w branży mówi – supportem. Czyli inaczej rzecz ujmując, na koncertach występowała przed Ignacym. Swoim nazwiskiem przyciągała tłumy, po czym po jej występie na estradę wpadał Paderewski i zachwyceni ludzie zbierali żuchwy z podłogi. To dzięki Modrzejewskiej kariera naszego Ignacego ruszyła jak wściekła!

Ignacy stał się tak rozchwytywany, że posada nauczyciela w Strasburgu zaczęła mu bardziej przeszkadzać niż pomagać. Jednak z szacunku dla swojego mentora nie zrezygnował z roboty od razu. W końcu jednak musiał to zrobić, bo wyjazdów koncertowych zaczęło się robić bez liku – Wiedeń, Paryż (gdzie bisował przez godzinę!), Praga, Bruksela, Antwerpia… gdzie on nie grał!

Przybory toaletowe zaprojektowane i wyprodukowane przez Louis Vuitton specjalnie dla Paderewskiego w 1925 roku

 A wszędzie sale pękały w szwach. No dobrze, może nie wszędzie bo na przykład w Londynie zagrał bardzo kameralny koncert. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, w końcu był to kameralny występ dla królowej Wiktorii! Królowa wielu wirtuozów już w życiu widziała i słyszała, ale podobno koncert naszego rodaka wprawił ją w taki zachwyt, jaki jej rodaczki po latach przeżywały dopiero na koncertach Beatelsów.

 

W branży rozrywkowej mówi się, że wyznacznikiem spełnienia artystycznego jest to, czy podbiło się USA. Wielu twórców z Europy czy Azji poległo w starciu z amerykańską publicznością i tamtejszymi krytykami. A Ignacy? Po raz pierwszy miał się tam koncertowo sprawdzić dzięki uprzejmości pana Williama Steinwaya, legendarnego producenta fortepianów. Postanowił on bowiem zostać sponsorem trasy koncertowej Ignacego po USA. Czy była to wypasiona trasa, pełna gwiazdorskiego przepychu godnego Stanów Zjednoczonych? Absolutnie nie. Pan William nie miał ochoty wydawać niepotrzebnie pieniędzy na rzeczy, które nie przyniosą mu marketingowego rozgłosu, toteż ciął koszty tak bardzo, że Ignacy musiał mieszkać w hotelu, w którym było sporo karaluchów. I myszy też były. Jednak jeśli chodzi o organizowanie koncertów… na tym już Steinway nie oszczędzał – Ignacy wystąpił w Carnegie Hall i Madison Square Garden, na które przyciągnął dzikie tłumy, które momentalnie oszalały na punkcie naszego bohatera!

Ignacy Jan Paderewski na okładkach amerykańskiego magazynu Time

Taki moment jest zapewne bardzo kuszącą chwilą, żeby na moment odpuścić i osiąść na laurach. Obłędny profesjonalizm Ignacego, wykluczał jednak takie podejście do kariery. Najlepszym dowodem niech będzie tu sposób, w jaki potraktował dokuczliwą kontuzję palca. Przez naciągnięcie ścięgien przedramię przeszywał mu niesamowity ból. To dość mocno utrudnia grę na fortepianie i każdy by zrozumiał, gdyby Ignacy odwołał kilka koncertów. Nasz bohater postanowił się jednak nie poddawać i nauczył się grać partie jednej ręki nie pięcioma a czterema palcami. Nikt nie usłyszał różnicy. To tak, jakby ktoś miał wątpliwości czy Paderewski miał dobrą technikę, czy jednak nie do końca. 

Ignacy nie bał się również nowych wyzwań artystycznych. W 1901 roku, w Dreźnie, miała miejsce premiera opery autorstwa Paderewskiego. Potem grano ją w Nowym Jorku. Była zatytuowana „Manru” i jej recenzje były mieszane. Publiczności bardzo się podobała, natomiast krytycy troszeczkę narzekali. Jednak warto pamiętać, że krytycy narzekali też na wszystkie płyty grupy Queen, więc nie jest to wyznacznik jakości. A przynajmniej nie zawsze.  Ignacy był gwiazdą i na miano „księcia pianistów” w pełni zasłużył. Grywał po całym świecie, w tym w Australii, Rosji, obu Amerykach. Przyszedł jednak czas kolejnego przełomu. Moment, od którego ogromna część jego działalności i koncertów była podszyta walką o polską sprawę. Zaczęła się pierwsza wojna światowa.

Sekretarz I.J. Paderewskiego w Zürichu w drodze na konferencję pokojową w Paryżu, 27.05.1919 r.

LOL